warto go przeczytać
Dzień później maszerowałam zasapana w stronę swojego osiedla. Na plecach plecak, a w rękach dwie siatki. W rozmowie pani Wiesia wspomniała, że sąsiadka rzadko robi jej zakupy. Postanowiłam więc kupić jej to, co wydało mi się najważniejsze. Wzięłam całe kieszonkowe i zainwestowałam je, lecz nie czułam bólu. Pani Wiesia zasługiwała na trochę dobrych smakołyków. Poza tym przyciągały mnie jej opowieści. Miała dar mówienia. Wydawała się typem humanistki, całkiem jak ja. Wszystko widziała na wesoło, jedynie naprawdę poważne sprawy były kwitowane odpowiednim komentarzem. Na wszystko znajdowała słowo. Potrafiła barwnie opisywać rzeczywistość i była dobrą obserwatorką. Tyle wtedy wywnioskowałam...
Wpadłam do domu, wyprowadziłam Łuskę i, przy okazji, przyszłam do pani Wiesi. Jej radość na mój widok była wielka.
- Julcia! Tak czułam, że przyjdziesz... Wiedziałam, że mnie nie zawiedziesz. Ty jesteś z tych, co intrygują się opowieściami - stwierdziła, sadowiąc mnie na kuchennym stołku. - Chwila, co ty masz? - Dopiero teraz zauważyła moje siatki.
- Trochę zakupów. Wspominała pani, że rzadko chodzi na zakupy, a sąsiadka...
- Ależ Julciu! Nie trzeba było...
- Trzeba było. Czułam, że trzeba było.
- Skoro tak... - stwierdziła pani Wiesia i zmieniła temat.
To mi się w niej podobało. Kiedy spostrzegła, że ktoś coś czuł, to zaraz przestawała walczyć. Miała w sobie tą mądrość. Rozumiała ludzi.
- Wiesz... Zrobię dobrej, imbirowej herbaty. A potem porozmawiamy.
Chwilę potem popijałam najlepszą w moim życiu herbatę. Rozpalała moje zmarznięte ciało.
- O czym ci opowiedzieć? - spytała pani Wiesia.
- Może o jakiejś ciekawej historii z wojny? - podsunęłam.
- Dobrze. Podczas wojny żyliśmy normalnie. Tylko czasem, gdy zbliżali się Niemcy, musieliśmy się chować do piwnicy. Kiedyś, a był to dzień "bez Niemca", Zosia pobiegła do Halinki. To była jedna z najpiękniejszych dziewcząt w naszej wsi. Choć nie bogata, to jednak niezwykle piękna. Przywodziła na myśl te greckie bóstwa, oliwne gaje i tak dalej... Zosia musiała do niej iść, gdyż Halinka jeździła do Krakowa na nauki. Znaczy, przed wojną. Na czas wojny wróciła zdruzgotana, że nie ukończyła studiów. Ale była jedną z najbardziej uczonych. Z naszej wsi rzadko kto wyjeżdżał. Jeszcze w tamtych czasach. Pewnie, podstawówkę i gimnazjum się ukończyło, ale potem to już tylko jakaś praca na roli lub w pobliskiej Limanowej. Zresztą, to było ciężkie i niezbyt popłatne. Tak czy inaczej, Zosia chodziła do tajnej szkółki na komplety. I dostała zadanie, które każdy by zrobił, lecz ona uparła się, żeby wiedzieć o wiele więcej. To się chwaliło, lecz tylko Halinka miała pojęcie o tej wiedzy, na której zależało Zosi. Mianowicie chodziło o Sofoklesa i "Antygonę". Nikt tego u nas nie czytał, tylko Halinka. Kiedy zdawała maturę, chwaliła się tematem pracy. Była to właśnie "Antygona". Zosia była ambitna, więc natychmiast chciała iść do Halinki. I poszła. A na miejscu była tylko matka Jolanta pędząca bimber. Widok zapewne komiczny. Zosia jeszcze nie wiedziała, czymże jest bimber. Matka Jolanta zwana tak była dlatego, że wszystkim dawała dobre rady. I niezwykle trafne, trzeba jej to przyznać! Nie miała żadnych norm wychowania, nie chciała ich. Potrafiła porozumieć się i z pijakiem, i z poetą. Była po prostu wszechstronną kobietą. Więc Matka Jolanta z uśmiechem wyłożyła, że Halinka wyszła na spacer i nie wraca od czterech godzin. Zosia bardzo się przestraszyła, zrobiła alarm i wkrótce cała wioska szukała Halinki. Szukali do nocy. A rankiem, wraz ze świtem, wraca zmęczona, lecz szczęśliwa Halinka. Wszyscy się jej pytają: "gdzie byłaś?". A ona tylko się tajemniczo uśmiecha. Tak intrygująco. Kiedy wszyscy tak wypytywali Halinkę, nagle potajemnie zjawił się Kornel. Kornel to był kompletnie zwariowany podrywacz, trochę jak nasz Boguś, ale nawet bardziej. Boguś potrafił zachować rozwagę, a Kornel nie. Rozkochiwał kobiety nie tylko od nas. Miał korzenie szlacheckie i rodzinę w Krakowie, więc często spędzał tam czas na hulankach. I wiesz co, Julciu? Nigdy nie zwracał uwagi na mądrą i piękną Halinkę, tylko dopiero na wsi. I tak na nią zwracał uwagę, że ją prędko zaciągnął na stertę siana, niby tak do rozmów. Prędko okazało się, że się jej oświadczył i pokochał na amen. Ludzie wróżyli, że nawet ślubu nie wezmą, bo Kornel ją zdradzi. I co? Byli małżeństwem do końca życia. Kiedy wojna dobiegła końca, Halinka ukończyła studia i została wykładowcą humanistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, a Kornel - przystojnym elektrykiem. Mieli trójkę dzieci i niezmiernie kochali się do końca życia. Zginęli w '87, dobrze to pamiętam. To był wypadek samochodowy. Ledwo co kupili sobie fiata, za ciężko zarobione pieniądze, a już wypadek. Tak kończą się wielkie miłości. Niesprawiedliwie - złowieszczo podsumowała pani Wiesia.
- Oj, tak - połykam łzy i szukam w kieszeni chusteczki. Kto by pomyślał, że miłość rodzi się na stercie siana. Ale się rodzi i nic na to poradzić nie można.
- Albo była jeszcze historia takiej mądrali, Alicji. Straszna z niej była samosia. Wszystko sama, sama, zupełnie jak w Zosi Samosi. Uważała się za najmądrzejszą. Od razu po maturze wyjechała do Krakowa i czasem z nią rozmawiałam. Spokorniała, kiedy spotkała pewnego poetę, Francuza. Tak ją skrytykował za poezję pełną banałów i taką słabą, że jej w pięty poszło. Załamała się, nikogo nie chciała widzieć. A potem Francuz się dowiedział, że z powodu tak silnej krytyki się załamała. Zaraz poleciał z bukietem róż. I potem opowiadała, że dzwonek dzwoni, nagli, a ona cała spuchnięta od płaczu. Otwiera, a tam on. Potargany, z innym językiem w gębie... I powiada, że "przeprasza i nie wiedział, że tak ją to boli". Prawdziwy dżentelmen, Julciu.
- Wiadomo... - zaśmiałam się.
- A ona na niego patrzyła, sama mi opowiadała, że to ją zbiło z tropu. Zaprosiła na herbatę i zaczęli rozmawiać. Okazało się, że wiersze może nie pisze zbyt dobre, za to świetnie jej idzie w wywiadach z ludźmi. Zaczęła pracować w radiu... Tak z pięć lat później... Tak, dobrze mówię. W '50 wzięli ślub. Alicja była strasznie przejęta. Zaprosiła mnie, to oczywiste, ale bardziej jako dalszą koleżankę...
- Dziś facet by się tak nie zachował... Dziś to są hieny! - Prychnęłam iście feministyczną odzywką. Jako zapalona przeciwniczka mężczyzn zaraz zaczęłam zachowywać się jak wariatka. Ale cóż zrobić. Mam porywczy charakter.
- Nie zawsze są hienami... Opowiem ci historyjkę sprzed pięciu lat. Można ją zaliczyć do współczesnych. Więc... kiedyś stałam w spożywczaku. Mąż już nie żył, mój syn bronił doktorat, córka mieszka w Gdańsku - słowem nie było nikogo, kto by ze mną postał. Była straszna kolejka, taki gorąc, iż myślałam, że zemdleję. Może widzieli, że jestem blada, ale nikt nie reagował. Aż tu nagle podchodzi taki studencik. Kręcone włosy, lekki zarost i cały odziany w czerń. Wyglądał jak ten... jak wy to mówicie?
- Emo... Albo metal. Zależy. - podpowiedziałam posłusznie.
- Wydawał się dość przerażający. I taka ponura mina! Pomyślałam sobie: "No ładnie, może mnie z tego sklepu wyrzuci albo co powie!". Bo widzisz, kochana, ja zawsze miałam słabe poczucie własnej wartości. A on się uśmiechnął i pyta, co chcę kupić. Zrobił mi duże zakupy, zapłacił i przyniósł do domu. Przyszedł jeszcze parę razy, ale któregoś razu stwierdził, że wyjeżdża do Warszawy, szukać dobrej pracy. Nie wierzył w nasz piękny, dobry Kraków, oj, nie wierzył... Ale cóż... Pojechał. Pisał do mnie chyba przez rok, a potem wiadomości ustały. Moja znajoma była w Warszawie i przypadkiem się dowiedziała, że brał udział w jakiejś bójce i zadźgali go nożem. Niestety, tak bywa, że porządni ludzie żyją krótko, a stare, nudne cholery, jak ja, żyją ponad stówę.
- Co pani mówi! - Oburzyłam się. - Przecież pani jest taka ciekawa! Te wszystkie opowieści... One są świetne!
- Cieszę się, że tak sądzisz. No więc on umarł. Cóż ci jeszcze opowiem... hm... A mówiłam już o tym jak przez dwa dni chowaliśmy się w piwnicy i to prawie bez szmerów?
- Nie - stwierdziłam zaciekawiona.
- No widzisz! To był rok 1940. Chyba październik. Niemcy przyszli do nas, do domu. Mama w porę zauważyła, że do wsi wkraczają obcy, więc zaraz kazała się schować do piwnicy. Drzwi były za węglem, a Niemcy chyba nie chcieli się brudzić. Zostali na dwa dni. Załatwialiśmy się do wiadra, jedliśmy przetwory i jakoś się żyło. Po cichu, tak, by dalej żyć.
- A potem?
- Potem był komunizm. Z wojny to już nie ma co opowiadać. Może nawet i by było, ale ja mam słabą pamięć i nie pamiętam tak dobrze. Widzisz, kochaniutka, tak to jest. Starość nie radość. - Zaśmiała się pani Wiesia.
- Jak pani odczuła komunizm? - spytałam zaciekawiona i poczułam się, jakbym była dziennikarką. Strasznie głupio zabrzmiało to w moich uszach, więc umilkłam.
- Hmm, komunizm. No cóż, zachwycona nie byłam. Rosjanie głosili, że są naszymi przyjaciółmi i takie inne bzdury. Z początku nie byłam pewna, nawet trochę wierzyłam, ale potem przestałam. Zobaczyłam, jak traktuje się ludzi. Służba Bezpieczeństwa i tak dalej... Same poprzeczki do omijania. Okropność. A najbardziej przesadzili w '56. Myślałam, że wezmę urlop, pojadę do Poznania i przyłącze się do protestu, ale nie dostałam urlopu w pracy i musiałam zostać. Moja pierwsza szefowa była okropnie wredna.
- Była pani w partii? - wystrzeliłam.
- Nie, oczywiście, że nie! Uważałabym to za zdradę nauki wpojonej mi przez rodziców oraz własnej wiary. Zostałam wychowana jako katoliczka i aż do śmierci nią będę.
- Ja też - zadeklarowałam.
- Jestem pewna, że tak. Należysz do wytrwałych, choć tego nie wiesz.
Woow! Nowość! Jestem wytrwała! Nigdy tego o sobie nie wiedziałam, więc mnie po prostu zatkało. Pani Wiesia to zauważyła i taktownie zmieniła temat.
- Pewnie w szkole, na historii, mówili wam, że komunizm to długie kolejki, kartki i ocet w sklepach.
- W sumie to... tak - przyznałam, ale znałam jeszcze inne informacje. Ta epoka, według mnie Epoka Żelazności, bardzo mnie pociągała. "Solidarność", walka o wyzwolenie spod jarzma najeźdźców rosyjskich - to miało w sobie coś interesującego. Każda osoba z cząstką porywczości ma taki zapał do tych walk, epok i dat pełnych krwi i cierpienia. Tak bywa.
- Mi - kontynuowała pani Wiesia. - komunizm kojarzył się ze słodkim zapachem ciast unoszącym się po klatkach schodowych. Zawsze w sobotę lub piątek wieczorem. W sklepach rzadko kiedy była czekolada, a jeśli już, to niedobra. Wiele osób robiło wtedy blachę pełną karmelu i kakaa. To była zastępcza i lepsza od sklepowej czekolada. Co sobotę słyszałam okrzyki: "mamo, mamo, zrób nam czekolady!". Ale kakao też było trudno dostępne, więc taka czekolada była raz na miesiąc, czasem raz na dwa miesiące. Izie i Areczkowi podtykałam jabłka, więc wyrośli całkiem zdrowi i silni. Tak, tak, wtedy było pięknie.
- A pani mąż? Miała pani męża, prawda?
- Pewnie, że tak, Juleczko. Był przystojny, wysoki, inżynier... dość ignorancki inżynier. Niezbyt przepadał za poezją i literaturą, które ja uwielbiałam. Byliśmy zupełnymi przeciwieństwami. Ja - rześka i pełna energii, on - cichy i porywczy, ale tylko w sercu i zaciszu domu. Potrafił się targować o swoją matematykę, potrafił tak się przebijać. Ale pozwalałam, nic nie mówiłam, żeby miał z tego radość. Zresztą, co ja mówię... Ja byłam zakochana! Z miłości się głupieje, zapamiętaj, Juleczko.
- Ja nie zgłupiałam.
- To znaczy, że to nie była prawdziwa miłość, kochanie.
- Może i tak. Czarek był okropnie niedojrzały.
- Niedojrzali staną się dojrzałymi. Potrzeba czasu i odpowiedniej kobiety. Mogłabyś go zmienić, ale zastanów się dobrze. Warto?
- Nie, bo był tylko przejściowy. Nic poważniejszego. - Zastanowiłam się nad sobą. - Proza życia.
- Dobrze ujęte. - pochwaliła pani Wiesia z uśmiechem. - Och, już po dwudziestej! Kochanie, leć do domu na kolację, bo rodzice będą się o ciebie niepokoić. Przyjdź kiedy zechcesz, ja ci wszyściutko opowiem!
Ocena: 4
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 06.03.2010r.
Statystyki: Wiersze: 5084 | Artykuły: 233 | Recenzje: 119 | Proza: 774 | Wywiady: 48 | Komentarze: 28112 | Użytkownicy: 2435
Online(20): 15 gości i 5 zarejestrowanych:
Ironiczna, anyway, exother, chodzęipytam, Pawlak